whats-above-ego
To odpowiedź na komentarz do filmiku o Demiurgu na bazie filozofii / przemyśleń Carla Junga. Filmik w pewnym sensie sam sobie zaprzecza, bo w moim odczuciu jest po prostu kolejną pułapką, jeżeli faktycznie jesteśmy więzieni w takiej formie jak przedstawione. Przyjmując taki scenariusz tworzymy jeszcze jedną pułapkę po prostu w kolejnej fazie, myśląc, że przybliżamy się do prawdy/sensu istnienia. Nie wrzucam więc samego filmiku, a poniższe to skopiowany komentarz. Po kilku zdaniach, jeżeli jesteś zapoznana/y z tematem, będziesz wiedzieć o co chodzi.
"Myślę, więc jestem."...?
Nie myślę, więc nie ma znaczenia czy istnieję, bo nic nie ma znaczenia?
Pomoc innym albo robienie krzywdy innym nie ma więc sensu?
Nie istnieje coś takiego jak sens?
Zamykam oczy i chcę przestać myśleć. Ale wtedy przecież wciąż poszukuję, tylko zatrzymując myśli - czekam na jakiś moment, który cokolwiek może zmienić.
Myślę o tym - więc wracam.
Czy cały ten wywód to nie pułapka wyższego poziomu?
Czy napisanie tego komentarza nie zamyka mnie wciąż w tej pętli?
Nie boję się braku sensu. Ja nie wiem jak pójść dalej. Jak się zatrzymać. Bo i jedno i drugie prowadzi do zmiany stanu.
Jak przestaję zmieniać stan, to zatrzymuję czas. Zatrzymując czas wracam do formy boskiej, przyjmijmy nawet lustrzano boskiej gdzie wszystko jest myślą i przyjmijmy, że to dzieło Demiurga.
Czas daje możliwość zmiany stanu.
Brak czasu sprawia, że nic się nie dzieje. Wracają myśli. Wracamy do stanu.
Ciało ludzkie więc jest pułapką? A co jeżeli to nie więzienie, tylko właśnie dzieło, które umożliwia "bycie", nawet "po prostu bycie", tylko po prostu nie cały czas?
Pytanie brzmi - po co wracać do po prostu bycia na zawsze, gdzie nie ma na zawsze i nie ma zmiany stanu i wszystko po prostu jest?
Albo inne pytanie - czy nie po to jesteśmy stworzeni, aby doświadczać i ucieczka z tego jest pozbawiona sensu?
Bo sens istnieje tylko tutaj, a wyżej po prostu się jest?
Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej mam poczucie, że nasz świat to ucieczka boga od pustki, a nie więzienie.
Jeżeli Demiurg nie wie, to my też nie wiemy - jesteśmy jego projekcją. A świat naszym lustrem.
W zasadzie to im dłużej nad tym myślę, tym bardziej uważam, że odpowiedzi nie będzie u ludzi, na youtubie, w książkach ani w niczym. Jest być może w nas, albo poza nami. Ale na pewno nie dostaniemy się do niej czerpiąc wiedzę z czegokolwiek, co materialne. Bo wszystko to jest także projekcją?
Istotą zrozumienia tej projekcji jest zaprzeczenie jej istnienia. Ale przecież jestem. Co jeżeli jest dokładnie odwrotnie - co jeżeli my chcemy tu być, a to co tutaj widzimy to pułapka zastawiona przez antagonistę, czymkolwiek jest lub nie jest, abyśmy zniszczyli świat, który stworzyliśmy?
Nie powinniśmy po prostu sprawdzać, czy jesteśmy szczęśliwi, a bycie szczęśliwym jest wystarczającym powodem, aby nie niszczyć tego, nawet jeżeli to tylko iluzja? Życie w iluzji jest złe kiedy podporządkujemy się zasadom, które czynią nas smutnymi niewolnikami. Ale bycie szczęśliwym... sprawia, że słowo niewolnik traci na znaczeniu. W zasadzie przestaje być niewolnikiem. Po prostu jest. I nie myśli o tym, czy może być wyżej. Bo nie myśli o wyżej. Bycie szczęśliwym sprawia, że po prostu jesteśmy i reszta sama traci na znaczeniu.
Nie wiem co o tym myśleć, nie wiem też co o tym nie myśleć. Myśląc daję autorowi przestrzeń na wskazanie, że nie udało mi się. Nie myśląc nic się nie zmienia, a po chwili przecież wracam?
Problem jest trochę taki, że doszedłem dokładnie do tego momentu duchowego, przejrzałem właśne kłamstwa, zobaczyłem ego i widzę je nawet teraz. Choć staram się je rozpuszczać, to ciągle za rozpuszczaniem idzie dalsze tworzenie narracji związanej z moim istnieniem. Nie oszukuję się, że cokolwiek wiem. Staram się sprawdzać kiedy jestem szczęśliwy i myślę, że częściej niż kiedyś, ale jak wracam do czasów dzieciństwa to nie dam sobie ręki uciąć, czy dziecięca nieświadomość nie była potężnym wsparciem w byciu szczęśliwym w dowolnej okoliczności.
Dążyć do cieszenia się z bycia - ok. Spróbuję. Nie mówię, że nie zadziała. Sprawdzę. Pozbyłem się już pewności, że muszę być z kimś, lub muszę coś robić.
Wierzę, bo nie mam powodu, żeby to podważyć. Wierzę też, że wszystko może być czymkolwiek innym i że żadna obserwowalna rzecz może nie być prawdziwa. W pewnym sensie nie wierzę w nic, ale to nie znaczy, że cokolwiek podważam. Albo wierzę we wszystko i uznaję za prawdopodobne, że wszystko można podważyć.
Nie wiem jak zacząć. Bo to zmiana stanu. A jej nie powinno być. Jestem tu. Położenie się zaprzecza idei. Czuję ciało. Spróbuję przestać je czuć. Ale to zmiana stanu. Śmierć = zmiana stanu. Rozpuszczanie ego = zmiana stanu. Przestać myśleć = może i zatrzymujemy to wszystko, na nieskończoną ilość czasu. Ale przecież taśma dalej leci. Nie wiemy, że to się stało. Mózg pamięta to samo co było. Dalej jesteśmy. Mózg jest tutaj - zapamiętuje zmianę stanu bo tak jesteśmy skonstruowani.
Może mój problem polega na tym, że jestem tylko ciałem i nie mam duszy?
Wszystko co wiem dowiedziałem się skądś. Nie mam pojęcia, czy cokolwiek wymyśliłem. Choćby jedną rzecz. Podważam, że potrafię stworzyć i wymyślić cokolwiek, choć do chwili temu myślałem, że potrafię.
Jeżeli w tym filmiku jest prawda, to dalsze działania, jakiekolwiek, nie mają sensu.
Jakiś czas temu rozpatrywałem wiele poziomów istnienia
- Ciało/Człowiek - pamięta to co tutaj, rodzi się, umiera; ograniczony mózgiem, czyli w sumie tym światem; ograniczony czasem
- Dusza/Duch/Energia - ograniczona czasem
- Bóg - nieograniczony
Bóg dzieli się na dusze, dusze dzielą się na ciała?
Jeżeli jestem tylko ciałem, a dusza mnie doświadcza, a Bóg tylko duszą doświadczyć może, to czy jako ciało nie jestem niewolnikiem duszy i Boga?
Czy przypadkiem właśnie ten filmik nie zmusza mnie do tego, abym czasami przestał doświadczać i... i to nie służy mi, człowiekowi, tylko właśnie duszy? Czy to nie dusza próbuje się ze mnie wydostać i nakłania mnie w ten sposób do ucieczki? Ale przecież stworzony zostałem nie bez powodu.
Przyjmijmy, że dusza została umieszczona w ciele (nie znam mechanizmu, wszystko jest abstrakcją i uznaję nomenklaturę za nieistotną, ale aby napisać komentarz muszę używać słów). I powiedzmy, że ja jestem ciałem i dzięki temu istnieję. A to co właśnie oglądałem, to twór, który ma mnie przekonać do uwolnienia... duszy z ciała. I uwaga - nikt nie mówi, że tak na prawdę zniknę, jako ciało.
Może ciało jest więzieniem dla duszy. I jesteśmy okłamywani, że jesteśmy duszą, a jesteśmy ciałem. I po zastosowaniu się do "zaleceń" uwalniamy duszę tracąc swój sens istnienia, czyli bycie więzieniem dla niej.
I najpiękniejsze - ignorując to wszystko i zostając tutaj, redukując oczekiwania, biorąc odpowiedzialność za siebie i pozbywając się stresu rozumiejąc, że wszystko to nie jest ograniczone do tego świata. To powoduje, że żyjemy, jesteśmy szczęśliwi (przyjemny stan, w którym dobrze jest nam trwać i nie mamy potrzeby go zmieniać). I teraz robimy to jako ciało, bo wszystko to jest związane ze światem materialnym. Spełniamy swoją potrzebę. Zostawiamy duszę/świadomość jako obserwatora, który jest uwięziony. Nikt nam nie powiedział dlaczego, ale przyjmijmy, że nie jest to dobre, ani złe, tylko po prostu jest.
Ucieczka od tego to nie wyzwolenie, tylko zatracenie - równie zgubne, co założenie, że którakolwiek religia cokolwiek definiuje.
Czuję teraz, że wszystko co zostało mi kiedykolwiek powiedziane jest albo nie jest prawdą. Nie ma rzeczy, która jest pewna.
Tylko po co o tym myśleć, skoro można po prostu być?
Chyba powoli zbliżam się do momentu, kiedy przestanę szukać i zacznę tylko doświadczać. Nie uciekać od nieszczęścia, tylko je ignorować i uznawać za nie moje. Głód zaspokajać wolno. Tworzyć w swoim tempie. Kochać kiedy jesteśmy kochani. Być tu kiedy chcemy być tutaj. Być w przeszłości kiedy chcemy się uczyć. Być w przyszłości, kiedy chcemy utrzymywać stan szczęścia.
Nie być w przeszłości aby się wstydzić, tylko aby się uczyć. Nie być w przyszłości aby marzyć, tylko aby analizować konsekwencje bieżących decyzji.
W teraźniejszości korzystać z obu powyższych, aby utrzymywać stan szczęścia. W teraźniejszości sprawdzać jak się czujemy i pytać dlaczego jest szczęście, albo dlaczego nie ma szczęścia. Zapisać do przeszłości. Przypomnieć w przyszłości.
Tylko bez nieszczęścia nie ma szczęścia. Więc punkt dla autora - mając zawsze szczęście... nie mamy nic.
A może nieszczęście, którego doświadczyliśmy, już wystarczy, aby mieć szczęście do końca życia nas, czyli ciała. Bo pisząc zaprzeczam, że jestem duszą. Dusza nie pamięta, nie ma gdzie zapisać. Nie musi. Ciało zapamiętuje, dusza doświadcza. Jej pamięć, jeżeli jest, polega na czymś zupełnie innym, niż tracking doświadczeń związanych ze zmianą stanu w przestrzeni, która ma czas. A gdy wracamy na poziom Boga pamięć ludzka nie ma znaczenia, bo wszystko jest i nie jest zarazem, wszystko można sprawdzić w każdym momencie.
Ograniczenie się do ciała to nie ograniczenie życia, a umożliwienie życia, bo życie w naszym rozumieniu to proces i zmiana stanu w świecie, w którym jest czas...?
